Pupilek Profesora

tekst: Didodikali
tłumaczenie: Achika

Rozdział 1
Oczami węża

Hermione

Profesor McGonagall nie chciała, żebym pracowała nad tym samotnie. Stwierdziła, że czasem, kiedy ludzie po raz pierwszy transformują, doświadczenie to jest dla nich zbyt przytłaczające. “Jak przeniesienie się do Krainy Czarów”, powiedziała. Ale ja po prostu nie mogłam się skupić w towarzystwie Rona i Harry’ego, którzy przyglądali się mi i chichotali w pokoju wspólnym. Nawet sypialnia dziewcząt była zadziwiająco hałaśliwa, z trzaskającymi drzwiami i ludźmi szepczącymi w korytarzu do późna. Więc wymknęłam się z przyjęcia gwiazdkowego i ukryłam we wnęce niedaleko wejścia do Wieży Gryffindoru, żeby pomedytować.

Profesor McGonagall powiedziała mi, że wiele osób nie może stać się animagami, ponieważ pragną być wyłącznie wielkimi, pięknymi zwierzętami jak lwy, tygrysy czy niedźwiedzie. Kto chciałby poświęcić kilka miesięcy pracy tylko po to, żeby odkryć, że jego wewnętrznym zwierzęciem jest pijawka albo świstak?

Ale ja nie miałam zamiaru popadać w samozachwyt, chciałam się tylko dowiedzieć, jak ten czar działa. Przeszłam już całą encyklopedię zwierząt od antylopy do szympansa, teraz zamierzałam medytować nad kolejnymi literami alfabetu. Gdzieś w tej encyklopedii na pewno znajdę coś, co będzie odpowiednie. Zdjęłam buty i usiadłam wygodnie, popatrzyłam chwilę w podręczne lusterko, żeby nie zapomnieć, kim jestem, potem skrzyżowałam nogi i zamknęłam oczy. Wypowiedziałam słowa i przebiegłam myślami przez dobrze już mi znany rytuał rozpoczynania medytacji. Potem usiłowałam wyczuć odpowiednie zwierzę. Tapir? Nie. Tarantula? Nie. Tukan? Nie. Tygrys? Nie... Uchatka? Nie...

Trwało to niesamowicie długo, ale nie przejmowałam się. Zamierzałam skończyć dziś całą literę w.

...Wapiti? Nie... Wal błękitny? Nie...

Wąż........................

Och! O rany!!

Spojrzałam w lusterko. Byłam wężem! Buueee! Nie mogłam jednak oprzeć się radości, że wreszcie mi się udało. Przyjrzałam się swojemu odbiciu. Byłam jaskrawo ubarwiona, w czarno-żółto-czerwone paski. Właściwie całkiem ładnie. Rany, wyglądam strasznie jadowicie! Ale super!.

W lusterku zobaczyłam jakiś ruch, coś znajdowało się za mną. Błyskawicznie odwróciłam się, wyczuwając w powietrzu coś przepysznego, i spojrzałam w kierunku, skąd napływał zapach. Coś ciepłego i futrzastego, z zadziwiająco widoczną dla mnie krwią, niemal świecącą poprzez sierść... Złapałam to w pysk i zadusiłam... a potem nagle zniknęło.

Uups. Ojej, to było ohydne. Ciekawe, czy jak się zmienię w człowieka, to ta mysz będzie nadal w moim żołądku...

Próbowałam się transformować z powrotem i... nie mogłam. AAAAAAaaaaa!!!

Nauki profesor McGonagall przemknęły mi przez myśl. Forma dostosowana do funkcji. Umysł ponad materią. Nigdy nie jedz pokarmu Krainy Czarów, bo nie wrócisz przez siedem lat. Nigdy nie rób tego sama. O, nie!

Wiedziałam, że profesor McGonagall jest nadal na gwiazdkowym przyjęciu. Musiałam się w jakiś sposób do niej dostać. Musiałam w jakiś sposób znaleźć ratunek. Siedem lat! Wyśliznęłam się przez drzwi wejściowe Wieży Gryffindoru i najszybciej jak mogłam popełzłam do Głównego Holu.

Padał śnieg! Kamienie posadzki były mokre i zimne, pełzłam coraz wolniej. O rany! Przecież jestem zwierzęciem zmiennocieplnym. O, nieee! Ale zanim zamarzłam na śmierć, usłyszałam zbliżające się kroki. Zatrzymały się obok mnie. Głos Hagrida, gdzieś z bardzo wysoka, zahuczał:

- Cholibka! Wąż!

- To szkarłatny wąż królewski - to był głos profesora Snape’a. - Nie jest jadowity, chociaż jego ubarwienie naśladuje bardzo niebezpiecznego węża koralowego. Czerwono-żółty... może to jakiś chowaniec z Gryffindoru?

- No, jak to jest chowaniec z Gryffindoru, to lepiej go zabiorę prosto do profesor McGonagall - Hagrid podniósł mnie za ogon, co było bardzo niewygodne, na szczęście jego ręce były cudownie ciepłe. Jestem uratowana!

- Na twoim miejscu bym tego nie robił. Wypiła o parę drinków za dużo z Albusem. Nie sądzę, żeby cię pochwaliła za przynoszenie jej węży akurat dzisiaj.

- Ano tak - powiedział Hagrid. - No, mam tam w chacie takie małe akwarium...

Sądząc po głosie, Snape’a oburzyła ta propozycja.

- Widziałem tę twoją trumnę dla gadów! Daj mi tę cholerną wężycę, oddam ją jutro Minerwie.

Nieeeeee! Ale Hagrid już się zgodził.

- Po czym pan poznaje, że to ona, panie psorze?

- Tylko samiczki węży mają takie ładniutkie zakręcone ogony.

Snape myśli, że mój ogon jest ładniutki? Hagrid wręczył mnie Snape’owi, który delikatnie ujął mnie w dłonie, które były mniejsze i chłodniejsze, niż ręce Hagrida. Pożegnali się. Snape popatrzył mi w oczy.

- Wpakowałaś się w niezłe kłopoty. Tylko wąż z Gryffindoru wyszedłby na dwór w zimie. Żaden porządny chowaniec ze Slytherinu nie byłby aż tak głupi. Powinienem był pozwolić Hagridowi wsadzić cię do tego jego nędznego szklanego pudełka.

Wiedząc, że nigdy już nie będę miała podobnej okazji, wywaliłam na całą długość mój rozwidlony język na najpaskudniejszego nauczyciela w szkole. Bleeee! Podniósł jedną brew i wsadził mnie do kieszeni swojej szaty. Ciepło! Nareszcie! Mam nadzieję, że profesor McGonagall rano mi pomoże.

Słyszałam, jak Snape mruczy do siebie, kiedy wszedł do lochów i schodził w dół.

- Co za strata czasu! Tylko dlatego, że on nie znosi pustelniczego trybu życia, nie znaczy, że mnie by się to nie podobało! Przyjęcia gwiazdkowe są beznadziejne. Mogłem w tym czasie przeprowadzić jakiś eksperyment, teraz już jest za późno.

Mówisz do siebie. I do węża. Kompletny wariat.

Kiedy znaleźliśmy się w jego mieszkaniu w lochach, wyciągnął mnie z kieszeni. Obróciłam głowę, rozglądając się dookoła. Białe ściany. Półki z książkami. Zwyczajnie wyglądające dębowe meble. Nie spodziewałam się czegoś takiego.

- Co? - zapytał Snape. - Szukasz stosów pogryzionych ludzkich czaszek? Najmocniej przepraszam, właśnie są w zmywalni.

Dlaczego nie dziwi mnie, że jesteś uszczypliwy nawet w stosunku do bezbronnych zwierzątek?

Zaniósł mnie do drugiego pokoju i rzucił na łóżko. Obszedł je dookoła, mrucząc coś i rysując znaki w powietrzu swoją różdżką. Potem rozpalił w kominku i wyszedł. Ogień wyglądał zachęcająco, więc pomyślałam, że podpełznę tam i się ogrzeję, ale nie mogłam zejść z łóżka. Nieznane zaklęcie, które rzucił, uwięziło mnie. Holender!

Snape wrócił po dłuższej chwili, z mokrymi włosami, ubrany w szorty i podkoszulek z napisem “Węże górą” otaczającym podobiznę dużego, zielonego węża. Żałowałam, że nie jestem człowiekiem, żeby móc złośliwie zachichotać na ten widok. Usiadł na łóżku z filiżanką herbaty i jakimś czasopismem o czarach.

Nigdy przedtem nie widziałam go w mugolskich ciuchach. Na lekcji eliksirów nigdy nie podwija rękawów szaty, nawet, jak jest bałagan. Niewyraźnie widoczny znak na jego obnażonym przedramieniu przypomniał mi, dlaczego. Ciekawe, czy zakryłby go, gdyby wiedział, że naprawdę jestem człowiekiem?

Nie wie, kim jestem... Nie zamierzam się gapić. Przeniosłam spojrzenie na gazetę o alchemii, którą przeglądał. ...całkiem interesujące...

Znowu zrobiło mi się zimno, ale nie zamierzałam się ogrzewać przy nim. Owinęłam koniec ogona dookoła filiżanki, którą postawił na łóżku. To było całkiem jak butelka z gorącą wodą. O, wspaniale! Wciąż trzymając się filiżanki ogonem, przesunęłam się dalej, żeby mieć lepszy widok na tekst, który czytał. Profesora Snape’a chyba rozbawiły moje wysiłki.

- Wąż, który umie czytać? Nie sądzę.

Zasyczałam i gwałtownie pokiwałam łebkiem. Pewnie, że mogę!

- Cóż, skoro pani tak twierdzi, panno wężyco. Ale nie uwierzę, że wąż może przeczytać ten artykuł szybciej, niż ja. Chyba przeskakujesz trudne fragmenty.

To akurat było prawdą. Czując się nieco skarcona, popatrzyłam z powrotem na poprzednią stronę. Zachichotał. Podniósł mnie i ułożył na swoim kolanie tak, że lepiej widziałam gazetę.

- Szkoda, że to Hagrid cię pierwszy znalazł - odezwał się. - I szkoda, że nie jesteś zielona. Gdybyś nie była w barwach Gryffindoru, chętnie bym cię zatrzymał. “Komuś zginął wąż? Nie, nie widziałem. Nie, tego węża mam od lat! Przykro mi, chyba będziecie musieli sobie sprawić nowego chowańca”. Ha ha ha!

Kiedy się śmiał, przypominał małego, niegrzecznego chłopca. Właściwie to brzmiał jak Ron. Podniosłam na niego wzrok. Założę się, że ciągle dostawałeś w szkole kary, kiedy byłeś mały. JEŚLI dałeś się złapać, oczywiście... co się pewnie nigdy nie zdarzyło.





W godzinę później profesor Snape zgasił światła i położył się spać. Przykrył mnie kołdrą razem ze sobą, co sprawiło, że trochę ścierpła mi skóra, ale ogień w kominku wygasł, a jego bark był ciepły, więc zdecydowałam się zostać na miejscu.

To takie dziwne.

W końcu zasnęłam, ale nawet we śnie nadal byłam wężem.

Byłam wężem i mieszkałam na jabłoni ale jabłka były za duże, żebym mogła odgryźć kęs; moje kły po prostu się z nich ześlizgiwały. Bardzo frustrujące!

Potem profesor Snape, który akurat przechodził obok, zerwał pokłute moimi zębami jabłko z gałęzi, na której się znajdowałam, odgryzł kawałek i poczęstował mnie. Skosztowałam słodkiego, białego miąższu, natychmiast spadłam z drzewa i leżałam na ziemi, oszołomiona. O nie, czyżby to jabłko było zatrute? Czy zatrułam je własnymi zębami?

Profesor Snape podniósł mnie z ziemi, otrzepał z kurzu i umieścił z powrotem na drzewie. Wtedy poczułam się dobrze i postanowiłam znów skosztować jabłka. Chyba jednak nie było zatrute. Mniam!





Może i mieszkanie Snape’a było w lochu, ale miało okna jak suterena. Obudziłam się powoli, kiedy słońce zaświeciło mi w oczy. Przeciągnęłam się, co trwało dłuższą chwilę.

Co za wspaniały dzień na pełzanie! Hmm. Ojej. To była bardzo wężowa myśl. Co będzie, jeżeli zostanę w tym kształcie na zawsze? Może gdybym spróbowała myśleć mniej po wężowemu...

Ludzkie myśli, ludzkie myśli... Spojrzałam na profesora Snape’a, najbardziej zbliżony do istoty ludzkiej obiekt w pobliżu w tym momencie. Nadal spał. Włosy opadały mu na twarz. Kurczę, muszę być bardzo niewielkim wężem; jego nos z tej perspektywy wydaje się tak duży, jak cała moja głowa.

Smuga słonecznego światła przesunęła się na Snape’a, otworzył jedno oko. Popatrzyłam w nie. Dobra, o czym bym myślała, gdybym była człowiekiem? Hmm. Chciałabym mieć takie rzęsy. Szkoda, że jestem wężem i nawet powiek nie mam.

Słońce wywoływało orzechowo-zielone refleksy w jego czarnym oku. Uśmiechnął się niespodziewanie, wyciągnął rękę i pogłaskał mnie po głowie, dokładnie tak samo, jak ja głaszczę Krzywołapa. Potem jego długie palce zamknęły się wokół mnie, przyciągnął mnie bliżej... i pocałował w czubek głowy, tak, jak ja całuję Krzywołapa.

No, ale jednak. Pocałował mnie. Uuueee! Nagle poczułam gdzieś w środku gwałtowne zawirowanie... i zmieniłam się z powrotem. Znów byłam człowiekiem!

Profesor Snape wrzasnął i odsunął się ode mnie gwałtownie. Skoczyłam na równe nogi i chciałam uciec, ale wpadłam na niewidzialną barierę wokół łóżka. Holender, to zaklęcie było dla mnie, nie dla węży! Rzuciłam okiem na Snape’a. Wygramolił się tyłem z przeciwległej strony łóżka, i skinął dłonią na barierę. Wrażenie, że opieram się o ścianę z cegieł, zniknęło, teraz czułam się jak mucha przyklejona do gigantycznego lepu. Nie mogłam poruszyć ani ręką, ani nogą.

Snape mruczał zaklęcia tak cicho, że nie słyszałam słów; różdżka sama wskoczyła mu do ręki. Poczułam falę energii płynącą poprzez barierę. Uświadomiłam sobie, że zaskoczenie w łóżku byłego Śmierciożercy w kilka sekund po przebudzeniu może być nader niezdrowe. Pewnie myślał, że przyszłam go zabić. O rany! On mnie jeszcze wysadzi jakimś czarem!

- To ja, Hermiona! - wrzasnęłam. - Ja byłam tym wężem!

- Panna Granger? - wpatrywał się we mnie podejrzliwie, jakby dopiero teraz mnie rozpoznał. - Co ty, u licha, wyprawiasz? Czyżbyś była zabójcą opanowanym przy pomocy zaklęcia Imperius? Czy może chcesz spowodować, żeby mnie wyrzucili z pracy?

Tak czy siak, wyglądało na to, że moje życie jest zagrożone; narastająca wściekłość w jego głosie daleko wykraczała poza normalne klasowe złośliwości.

- Nie! Proszę, niech pan mnie nie zabija! Utknęłam w postaci węża! Wczoraj po raz pierwszy się transformowałam. Pracowałam nad niezależnym projektem naukowym dla profesor McGonagall, nad postaciami animagów. Ja tylko medytowałam. Wcale nie wiedziałam, że to tak od razu zadziała, a potem nie mogłam się zmienić z powrotem, i poszłam szukać profesor McGonagall, żeby mi pomogła, i... - trochę się plątałam, ale wyglądało na to, że mi uwierzył. W końcu opuścił różdżkę i uczucie, że powietrze wokół mnie jest naładowane elektrycznością zmniejszyło się i wreszcie całkowicie znikło.

- Bardzo przepraszam, że panu przeszkodziłam. Czy mogę już iść? - spytałam nieco żałośnie.

Zrobił jakiś ruch nadgarstkiem i pole siłowe wokół łóżka zniknęło. Spadłam na podłogę jak worek. Pozbierałam się, podniosłam na nogi i ostrożnie obeszłam Snape’a łukiem. Miałam ochotę pognać przez jego mieszkanie prosto do wyjścia, ale byłam na to zbyt dumna, więc szłam ostrożnie, z całą godnością, na jaką mogłam się zdobyć. Profesor Snape szedł za mną do drzwi.

- Gryffindor traci dziesięć punktów za to, że mnie zdenerwowałaś - powiedział, i dodał: - Jakim cudem udało ci się utknąć w postaci węża?

- No więc... znalazłam mysz w korytarzu wczoraj wieczorem, i... zanim zdałam sobie sprawę, co robię... zjadłam ją... i nie mogłam przestać o tym myśleć. Nie chciałam jej zjeść. To było takie odruchowe... i to całe skradanie się do niej... to było takie... i zjadłam ją! I... ja...

- Tak? - spytał, otwierając drzwi. Najwyraźniej zamierzał wystawić mnie za próg.

- Mam straszną ochotę zjeść następną mysz, a jestem wegetarianką! - wybuchnęłam.

Profesor Snape przewrócił oczami.

- Idź sobie, Granger.

- Tak, sorze, jeszcze tylko jedna rzecz...

Przerwał mi, marszcząc brwi.

- Jesteś pewna, że ta słynna odwaga Gryffindoru to nie jest w rzeczywistości po prostu zatwardziała głupota?

- Eem... bez komentarza. Mnie... tego... podoba się pana podkoszulek z wężem. Skąd mogłabym taki wziąć?

Moje pytanie wywołało na jego twarzy cień zadowolonego uśmiechu.

- Ślizgoni z drużyny quidditcha mi go dali - odparł. - Możesz spytać młodego Malfoya, czy jeszcze mu jakieś zostały. Czy to wszystko, panno Granger?

Kiwnęłam głową, a on zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Stałam tak jeszcze przez chwilkę, a potem odwróciłam się, by odejść, ale zatrzymało mnie coś, co usłyszałam przez drzwi. Podeszłam o krok bliżej, a następnie ogranięta przypływem odwagi Gryffindoru (chociaż może to była ciekawość albo zwykłe wścibstwo), przycisnęłam ucho do drzwi.

- Mmm, pyszne. Mysz! - usłyszałam głos Snape’a, a potem znowu ten dźwięk. Uśmiechnęłam się i odeszłam.

Nie miałam zamiaru iść dłuższą drogą przez lochy, mimo, że były pod dachem. Nie miałam płaszcza, kapelusza ani butów, ale wspięłam się po schodach i w samych skarpetkach pobiegłam przez zimową pluchę do wieży Gryffindoru, ogrzana dźwiękiem jego śmiechu.

On naprawdę śmieje się zupełnie jak Ron.





Koniec

tłumaczenie- Achika
Thank you!

Review!

~8~

Rozdział 2
(Cross I'd Bear)

Want to read another story?

Back to Didodikali's Lemonade Party.